czwartek, 10.grudnia.2009, 14:44
Czwartek. W sumie nie lubię tego dnia, bo zawsze w szkolę czekają na mnie dwie godziny męki na wf'ie a potem pędzę do domu, przesiadam się z autobusu w autobus i pędzę na angielski. Potem byle szybko do domu, a tam dalej czeka na mnie nauka. No tak, nawet nie przypuszczałam, że liceum może być takie ciężkie, prawdę mówiąc. Gimnazjum było... Zabawą? Tak, to chyba dobre słowo.
W gimnazjum nie robiłam nic. Wcale nie musiałam się wysilać, by mieć dobre oceny... Ba, bycie najlepszą w klasie nie sprawiało mi żadnych trudności. Ale co się dziwić? Szkoła jaka była, taka była, nauczyciele też. A teraz? przyszło liceum, będące w trójce najlepszych z miasta, a ja trafiłam do klasy, gdzie jest zaledwie kilkanaście najlepszych osób. I co się okazuje? Że w końcu muszę przestać się bawić i wziąć do roboty, bo nagle wychodzi na jaw, ze inni mówią o rzeczach, o których ja nie ma pojęcia.
I nie zwalam winy na szkołę. Co to to nie. Po prostu ja sama się rozleniwiłam, więc teraz muszę za to płacić.
Początek był koszmarny. Całe popołudnia spędzałam na nauce, na lekcjach wszystko skrzętnie notowałam...
I wiecie co? Opłaciło się.
Cholernie się opłaciło, bo jeszcze we wrześniu będąc na samym końcu gonitwy po naukę, teraz jestem w czołówce.
Normalnie jak wyścig szczurów, ale czy nie tak powinno się to nazywać?
No dobra, człowiek uczy się dla siebie, ale oprócz tego, póki jest się w szkole, uczymy się po to, by mieć dobre oceny, prawda? A 'zaspokoić' nauczycieli jest trudno, teraz wiem to bardzo, ale to bardzo dobrze.
Ale teraz dla mnie ten cały wyścig jest już zbędny, tak naprawdę. Teraz już stoję całkowicie obok, przyglądając się, jak inni, którzy jeszcze miesiąc czy dwa temu błyszczeli na każdej lekcji, teraz odchodzą pomału w zapomnienie i siedzą, nie wiedząc o co chodzi.
Teraz jestem już spokojna, ot co. Bo teraz wiem, na co mnie stać i ten miesiąc czy dwa nadrabiania zaległości po nocach na coś się przydał. Na co?
Nie wiem czemu, ale dzięki temu wydaje mi się, ze coś znaczę. Tak, to może wydawać się dziwne, ale taka jest prawda. Teraz nie chodzę z opuszczoną głową, uważając, ze jestem nikim. Teraz wydaje mi się, ze mogę innym dorównać, a może nawet za jakiś czas chociaż trochę ich przegonić.
Chyba zaczynam wierzyć w siebie, naprawdę.
Chaotycznie to wszystko powiedziane, ale nic dziwnego. W moim umyśle zawsze jest chaos porównywalny do tego przy Apokalipsie. I właśnie dlatego jest ten blog, wiecie? Dziwne, ale kiedy coś zapiszę, to wydaje mi się, że te wszystkie myśli ulatują ze mnie, ale nie odchodzą w niepamięć, bo pozostają na blogu.
No i znowu chaos. Od tłumaczenia, dlaczego to wszystko co napisałam wcześniej jest takie pogmatwane i bez ładu przeszłam do opowiadaniu o moje własnej małej Apokalipsie w okolicach mózgu. Tak, do tego trzeba przywyknąć, chociaż nie dzieje się to zbyt szybko. Ja sama po szesnastu latach dopiero zaczynam akceptować samą siebie.
Dobrze, czeka mnie angielski, na którym zanudzę się na śmierć, więc na wszelkie komentarze spod wczorajszej notki odpowiem później, gdy znajdę chociaż trochę wolnego czasu.
W gimnazjum nie robiłam nic. Wcale nie musiałam się wysilać, by mieć dobre oceny... Ba, bycie najlepszą w klasie nie sprawiało mi żadnych trudności. Ale co się dziwić? Szkoła jaka była, taka była, nauczyciele też. A teraz? przyszło liceum, będące w trójce najlepszych z miasta, a ja trafiłam do klasy, gdzie jest zaledwie kilkanaście najlepszych osób. I co się okazuje? Że w końcu muszę przestać się bawić i wziąć do roboty, bo nagle wychodzi na jaw, ze inni mówią o rzeczach, o których ja nie ma pojęcia.
I nie zwalam winy na szkołę. Co to to nie. Po prostu ja sama się rozleniwiłam, więc teraz muszę za to płacić.
Początek był koszmarny. Całe popołudnia spędzałam na nauce, na lekcjach wszystko skrzętnie notowałam...
I wiecie co? Opłaciło się.
Cholernie się opłaciło, bo jeszcze we wrześniu będąc na samym końcu gonitwy po naukę, teraz jestem w czołówce.
Normalnie jak wyścig szczurów, ale czy nie tak powinno się to nazywać?
No dobra, człowiek uczy się dla siebie, ale oprócz tego, póki jest się w szkole, uczymy się po to, by mieć dobre oceny, prawda? A 'zaspokoić' nauczycieli jest trudno, teraz wiem to bardzo, ale to bardzo dobrze.
Ale teraz dla mnie ten cały wyścig jest już zbędny, tak naprawdę. Teraz już stoję całkowicie obok, przyglądając się, jak inni, którzy jeszcze miesiąc czy dwa temu błyszczeli na każdej lekcji, teraz odchodzą pomału w zapomnienie i siedzą, nie wiedząc o co chodzi.
Teraz jestem już spokojna, ot co. Bo teraz wiem, na co mnie stać i ten miesiąc czy dwa nadrabiania zaległości po nocach na coś się przydał. Na co?
Nie wiem czemu, ale dzięki temu wydaje mi się, ze coś znaczę. Tak, to może wydawać się dziwne, ale taka jest prawda. Teraz nie chodzę z opuszczoną głową, uważając, ze jestem nikim. Teraz wydaje mi się, ze mogę innym dorównać, a może nawet za jakiś czas chociaż trochę ich przegonić.
Chyba zaczynam wierzyć w siebie, naprawdę.
Chaotycznie to wszystko powiedziane, ale nic dziwnego. W moim umyśle zawsze jest chaos porównywalny do tego przy Apokalipsie. I właśnie dlatego jest ten blog, wiecie? Dziwne, ale kiedy coś zapiszę, to wydaje mi się, że te wszystkie myśli ulatują ze mnie, ale nie odchodzą w niepamięć, bo pozostają na blogu.
No i znowu chaos. Od tłumaczenia, dlaczego to wszystko co napisałam wcześniej jest takie pogmatwane i bez ładu przeszłam do opowiadaniu o moje własnej małej Apokalipsie w okolicach mózgu. Tak, do tego trzeba przywyknąć, chociaż nie dzieje się to zbyt szybko. Ja sama po szesnastu latach dopiero zaczynam akceptować samą siebie.
Dobrze, czeka mnie angielski, na którym zanudzę się na śmierć, więc na wszelkie komentarze spod wczorajszej notki odpowiem później, gdy znajdę chociaż trochę wolnego czasu.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
Komentarze (2), Dodaj
środa, 9.grudnia.2009, 16:38
Dzień zwyczajny.
Chociaż nie - dziś postanawiam zapisywać swe przemyślenia nie w zeszycie zamykanym codziennie na dnie szuflady biurka, ale na blogu dostępnym dla wszystkich.
Czy o coś zmieni?
Całkiem możliwe.
Pomimo pozorów pisanie własnych nudnych dni i od czasu do czasu różnych przemyśleń jest wystawione na ocenę innych.
Chociaż to, czy ktokolwiek to przeczyta i oceni mało mnie interesuje. Możecie czytać czy też nie. Ja i tak zamierzam pisać swoje i nikt mi w tym nie przeszkodzi.
No, chyba że ja sama, prawdę mówiąc. Bo często nie wywiązuje się z obietnic i nawet pisanie bloga może odejść w niepamięć. No tak, bywa, prawda?
Na dziś to wszystko, prawdę mówiąc.
Chociaż nie - dziś postanawiam zapisywać swe przemyślenia nie w zeszycie zamykanym codziennie na dnie szuflady biurka, ale na blogu dostępnym dla wszystkich.
Czy o coś zmieni?
Całkiem możliwe.
Pomimo pozorów pisanie własnych nudnych dni i od czasu do czasu różnych przemyśleń jest wystawione na ocenę innych.
Chociaż to, czy ktokolwiek to przeczyta i oceni mało mnie interesuje. Możecie czytać czy też nie. Ja i tak zamierzam pisać swoje i nikt mi w tym nie przeszkodzi.
No, chyba że ja sama, prawdę mówiąc. Bo często nie wywiązuje się z obietnic i nawet pisanie bloga może odejść w niepamięć. No tak, bywa, prawda?
Na dziś to wszystko, prawdę mówiąc.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii